Vladimir
Joseph Conrad
Tajny agent
— Jakiś kłamliwy pies — rzekł pan Vladimir posługując się nieco orientalną frazeologią. Ale w głębi duszy przeraziła go niemal ta granicząca z cudem sprawność angielskiej policji. Zmiana jego opinii na ten temat była tak gwałtowna, że na chwilę zrobiło mu się trochę niedobrze. Odrzucił cygaro i poszedł dalej.
— Co mnie w tej sprawie najbardziej ucieszyło — ciągnął powoli komisarz — to to, że stanowi ona taki znakomity punkt wyjścia dla pewnej roboty, którą od dawna uważam za konieczną — to znaczy dla oczyszczenia tego kraju ze wszystkich obcych szpiegów politycznych, agentów policyjnych i tym podobnych… psów. Moim zdaniem są oni okropnym utrapieniem. Niebezpieczeństwem także. Ale nie bardzo możemy wyławiać ich pojedynczo. Jedyny sposób to sprawić, żeby zatrudnianie ich było niemiłe dla mocodawców. Rzecz staje się nieprzyzwoita. I niebezpieczna również, dla nas tutaj.
Pan Vladimir znowu zatrzymał się na chwilę.
— Co pan chce przez to powiedzieć?
— Wytoczenie sprawy temu Verlocowi wykaże szerokiemu ogółowi zarówno niebezpieczeństwo, jak nieprzyzwoitość.
— Nikt nie uwierzy w to, co mówi człowiek tego pokroju — rzekł pan Vladimir pogardliwie.
— Obfitość i dokładność szczegółów przekona społeczeństwo — zaoponował komisarz łagodnie.
— Więc na serio zamierzacie to zrobić?
— Przyłapaliśmy tego człowieka. Nie mamy wyboru.
— Będzie to tylko woda na młyn tych kłamliwych rewolucjonistów — oburzył się pan Vladimir. — Dlaczego chcecie wywołać skandal? Ze względów moralnych… czy
